TAGI (szukasz postów powiązanych tematycznie tu je znajdziesz):

sobota, 23 grudnia 2017

Nowa książka Roberta Stodolnego

Uprzejmie informuję, iż pojawiła się nowa książka autorstwa Roberta Stodolnego. 
"Żydzi, komunizm, antysemityzm."
Zainteresowanych zakupem, Robert zaprasza do sklepu MIŚ.


czwartek, 2 listopada 2017

Tajemniczy kanał pod Aleksandrowem Kuj. Cz. 1. Fikcja

Zapraszam do przeczytania mojego nowego opowiadania, zainspirowanego opowieściami bliskich i znajomych. Starałem się przed publikacją sprawdzić tekst, ale może się zdarzyć, że ulegnie on jeszcze korekcie. Jeśli Was zainteresuje, proszę o komentarze i uwagi.  

Partyzant

Błażej Skrzetuski nie chciał złożyć broni. Chciał dalej walczyć o taką Polskę, jaką znał z czasów, kiedy chodził przed wojną do szkoły w Grudziądzu. Polskę wolną od czerwonej zarazy. 
Jego koledzy z oddziału nie podjęli tego ryzyka. Uwierzyli nowej komunistycznej władzy w obietnice o spokojnym życiu i budowie nowej wolnej ojczyzny. Zostawili go samego. Ich oddział został rozwiązany a broń ukryta w lesie. Ale Błażej nie miał do nich o to pretensji. Wojna przecież skończyła się. Niemcy przegrali. Na wielu z nich w domach czekały rodziny. Niestety wkrótce okazało się, że te piękne obietnice były kłamstwem. Nowa władza nie zapominała tak łatwo. Z oddziału tylko on pozostał przy życiu. Wszyscy koledzy  zniknęli bez śladu. Ich bliscy jeszcze mieli nadzieję, że chłopcy z lasu do nich wrócą. Błażej wiedział, że z rąk nowej władzy mało kto wychodzi żywy. 
Błażej Skrzetuski nie miał nikogo bliskiego. Jego najbliższych wymordowali Niemcy, zaraz po kapitulacji w 1939 r. Żołnierze Wehrmachtu puścili z dymem jego rodzinną wioskę. 
Później, kiedy pojechał z pocztą konspiracyjną do partyzantów z terenów wschodnich, dowiedział się, iż wioska w której mieszkała druga część jego rodziny została także zrównana z ziemią, tyle że przez Rosjan. Tam też nikt nie ocalał. 
Wtedy załamał się. Na rok został odsunięty od działalności konspiracyjnej. Z czasem jednak, żal po stracie najbliższych w jego sercu zamienił się w nienawiść do wrogów. Stał się maszyną do zabijania. Niemiecki aparat bezpieczeństwa zaczął go traktować jako wroga z głównej listy. Skrzetuski nie przejmował się tym. Wiedział, że gestapo zna jego nazwisko i historię życia. Nigdy niczego przed nikim nie ukrywał. Nigdy nie chował się pod pseudonimem. Jego bliscy zginęli. Nikomu z nich nie mógł już zaszkodzić swoją działalnością. Stał się katem wykonującym wyroki podziemnego państwa polskiego.
Do A. trafił po kilku miesiącach samotnej walki z milicją. Ukrywał się w lesie i walczył dopóki przypadkowych cywili z biało-czerwonymi opaskami na rękach, zwerbowanych przez nową władzę nie zastąpiło regularne wojsko Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Musiał wtedy zacząć uciekać, aby uniknąć złapania i śmierci. 
Opuścił swój ukochany las i udał się do A. do starej znajomej z Grudziądza, jeszcze z czasów przedwojennych. Kiedyś nawet mieli się ku sobie, ale ich szkolna miłość skończyła się wraz z wejściem w dorosłe życie i przeprowadzką dziewczyny do A. 
Maria Skowrońska mieszkała w starym pamiętającym zabory rosyjskie dworcu kolejowym. Była żoną polskiego oficera, który zaginął zaraz po wybuchu wojny. Odnowili swoją starą znajomość, kiedy oboje zaczęli działać w tej samej organizacji podziemnej. Kobieta w swym mieszkaniu udzielała noclegu konspiratorom przemieszczającym się po okupowanym kraju. Punkt był wręcz wymarzony, gdyż przez dworzec przewijało się wielu podróżnych i nikt nie zwracał uwagi na obcych. Może tylko nieliczne co bardziej wścibskie sąsiadki wyrażały czasem między sobą negatywne opinie na temat jej moralności, kiedy udało im się przyłapać obcych mężczyzn ukradkiem wychodzących nad ranem z jej mieszkania. Elegancki i schludny wygląd kobiety dodatkowo jeszcze napędzał wyobraźnię dworcowych strażniczek moralności.     
Skrzetuski mieszkał u niej kilka miesięcy, tuż pod nosem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. 
Zdobyczny pistolet Mauser C96, swoją ulubioną broń - spadek po pewnym gestapowskim szpiclu, wraz z kilkoma sztukami amunicji i niemieckim granatem, ukrył na strychu dworca na jednej z belek stropowych.  
Dworzec w A. został wybudowany w czasach zaborów. W czasie wojny trochę podupadł jego wizerunek. Kiedyś przewijało się przez niego tylu podróżnych co w największych  miastach Europy. Obecnie stracił jednak na znaczeniu. 
Skrzetuski jak przystało na dobrego konspiratora, natychmiast po przybyciu na miejsce przeprowadził rozpoznanie terenu. Rozpytał przedtem wnikliwie swoją znajomą na temat zwyczajów panujących na dworcu, rozkładu przejeżdżających przez niego pociągów i rozmieszczenia lokalnych posterunków milicji. Zaplanował także drogi ucieczki z kryjówki. 
Okazało się wtedy, że Skowrońska posiadała w piwnicach dworca pomieszczenie z pewnym ciekawym metalowym włazem. Wg właścicielki było to wejście robocze do starego systemu pompującego wodę do obiektów dworca z płynącej w pobliżu A. rzeczki. Prawdopodobnie, dawne pomieszczenie techniczne w którym był właz, zostało adaptowane na piwnice lokatorów. 
Skrzetuski postanowił sprawdzić co kryje podziemny kanał. Intuicja podpowiadała mu, że kiedyś wiedza o nim może mu się przydać. 
Pewnej nocy, kiedy mieszkańcy dworca już spali, zabrał ze sobą latarkę i ruszył na zwiad. 
Korytarz, do którego wejście prowadziło z piwnic dworca, był około 130 metrowej długości wąskim przejściem, które łączyło się z właściwym, szerokim na półtora i wysokim na prawie dwa metry kanałem. Kanał ten w stosunku do przejścia z dworca był położony około półtora metra niżej. Lewa jego część, południowa jak się okazało była zawalona gruzem i niemożliwa do przejścia. Po prawej w kierunku północnym przed Skrzetuskim rozciągał się zdający się nie mieć końca tunel. Nikłe światło małej latarki oświetlało zbudowane z cegieł ściany na odległość paru metrów. Dalej była paraliżująca ciszą  pustka. Podłoga kanału była wypełniona do wysokości kolan warstwą lodowatej i mętnej wody. Skrzetuski nie czuł w niej jakiegokolwiek nurtu. Widocznie gromadziła się tu deszczówka i może wody gruntowe. Idąc, podświadomie rejestrował przebytą pod ziemią odległość mierząc ją krokami. Partyzanckie doświadczenia i wielokilometrowe wędrówki z oddziałem po lesie bez oświetlenia w zupełnych ciemnościach sprawiły, że jego umysł jak licznik notował metry. Po 15 minutach przebył około 180m. w linii prostej. W ciemności trudno było to z całą pewnością stwierdzić, ale wydawało mu się, że kanał przebiega mniej więcej po linii prostej.
W pewnym momencie Skrzetuski, nagle zobaczył przed sobą ścianę. - Koniec? Żadnego wyjścia?
Okazało się jednak, że kanał skręcał gwałtownie i biegł dalej pod kątem 90 stopni w lewo. Po przejściu następnych 200 metrów Skrzetuski ponownie zakręcił tym razem ostro w prawo. Idąc próbował wyobrazić sobie gdzie się aktualnie znajduje, biorąc pod uwagę zabudowę miasta na powierzchni. Według jego rachunków musiał przemieszczać się zgodnie z położeniem głównych ulic miasteczka.
Po przejściu około kilometra stwierdził, że  o ile nie pomylił się w obliczeniach to musiał już wyjść poza teren miasta. Zmierzał chyba gdzieś w kierunku Torunia. Na powierzchni powinien już być las. Jeśli znajdzie jeszcze jakieś wyjście na górę to trasę ucieczki będzie miał opracowaną.
Po przeszło godzinie marszu Skrzetuski w świetle latarki dojrzał nad sobą prowadzącą do góry studnię. W ścianę została tutaj wmontowana metalowa drabina. Kiedy wspiął się na górę po jej szczeblach, drogę zablokowała mu metalowa pokrywa. Spróbował ją poruszyć. Wymagało to sporego wysiłku, ale w końcu żelastwo zazgrzytało i przesunęło się na bok. Z góry posypał się piasek, utrudniając na chwilę widoczność. Kiedy jednak chmura pyłu opadła, oczom Skrzetuskiego ukazało się bezchmurne niebo. 
- Jak na razie jest dobrze - Skrzetuski powoli i ostrożnie, przez otwarty właz zaczął wysuwać się na powierzchnię. Jego nos natychmiast poczuł znaną mu i tak przez niego kochaną woń lasu. Delikatny powiew wiatru schłodził spocone czoło. Dookoła było pusto i cicho. Tylko drzewa szumiały jednostajnie. 
Wyczołgawszy się na powierzchnię, przez chwilę leżał na plecach delektując się błogim spokojem, którego przez ostatnie kilka lat tak rzadko doświadczał. Patrzył w rozgwieżdżone niebo, które tyle razy służyło mu za drogowskaz. W kontaktach z innymi ludźmi nigdy nie pozwalał sobie na chwile słabości. W głębi duszy miał już jednak dość wiecznego uciekania. Miał dość walki. Miał dość wszystkiego. Coraz częściej docierała do niego myśl, że przegrał. Za Niemca wszystko było jasne. Byli dobrzy i źli. Teraz sam już czasem nie wiedział kto jest jego wrogiem. Czasem miał wrażenie, że wszyscy są przeciw niemu. Nawet on sam...
Skrzetuski podniósł się z ziemi. Strząsnął z siebie nerwowo bród z ubrania. Jakby jednocześnie chciał otrząsnąć się z myśli, które go naszły. Rozejrzał się. Zdawało mu się, że poza nieregularnym szumem drzew dociera do niego jeszcze jakby szum wody. Ruszył przed siebie, tam skąd ten szum docierał. W odległości kilkudziesięciu metrów stanął na brzegu rzeczki meandrującej między drzewami. - W razie czego będzie można zgubić pościg. Jutro wybierze się tu za dnia i zrobi dokładniejsze rozpoznanie. Rozpyta Marię. Teraz trzeba wracać - po drodze zakrył włazem wejście do studzienki, zamaskował piaskiem ślady swojej działalności i ruszył przez las kierując się gwiazdami w stronę miasta.

środa, 16 sierpnia 2017

Barbarka

Polecam wypad do osady leśnej o nazwie Barbarka w Toruniu. Na miejscu znajdziemy przystanek rowerów miejskich. Przystanek autobusowy. Miejsca do grillowania. Jest też szkoła leśna dla dzieci.  Warto tam się wybrać z maluchami. Widzieliśmy trasy dla rowerów a nawet (chyba) jest tam wypożyczalnia. Chyba - bo kartka była, ale rowerów nie widziałem.
Sprawdzam na stronie internetowej - jest!
Na zdjęciu poniżej widać kapliczkę Św. Barbary, pochodzącą wg informacji z internetu z 1841 r. A przynajmniej w tym roku podjęto decyzję o jej wybudowaniu. Wcześniej już w tym miejscu stały tego typu budynki, ale były niszczone.
Przy kaplicy znajduje się niewielki cmentarz. A przy cmentarzu... park linowy. Hmm? No cóż, może to trochę dziwnie wygląda na pierwszy rzut oka, ale z czasem można się do tego pewnie przyzwyczaić.
I teraz trochę z mojego aleksandrowskiego podwórka. Kiedyś podobno były plany stworzenia w lasach aleksandrowskich terenów rekreacyjnych dla Torunia i okolic. Miał być basen nad Tążyną itp. Całkiem niedawno jeszcze, na końcu ulicy Narutowicza wybudowano ścieżkę przyrodniczą - Świerczynę. Niektórzy jeszcze pamiętają wiatę do ognisk, domki z ławkami. Niestety aleksandrowska patologia rozniosła w pył, w kilka lat infrastrukturę ścieżki. Władze miasta raczej chyba niespecjalnie przejmowały się jej losem a degradacja postępowała. Na jednej z oficjalnych stron samorządowych przez długi czas po całkowitej jej dewastacji, widniała jeszcze informacja prezentująca ją jako atrakcję miasta :-)))
No cóż nie da się inaczej. Nic nie jest wieczne. Jeśli coś wybudujemy to potem to trzeba konserwować. Co nam po nowoczesnym basenie jeśli potem zakręcamy w nim wodę z powodu oszczędności. Jeśli coś się popsuje, albo zniszczy to trzeba to potem naprawić. Jak to się mówi: mięsień nie używany z czasem zanika.
A wracając do Torunia. Polecam wypad na Barbarkę.
   
  




piątek, 9 czerwca 2017

Statystyka

Statystki oglądalności utrzymują się nadal na wysokim poziomie. Co prawda po chwilowym bumie, oglądalność spadła, ale obecnie stabilizuje się na równym poziomie.

czwartek, 1 czerwca 2017

Zapowiedź.

Już wkrótce o podziemiach, które nie istnieją. O ścieku, który ma głębie. Oraz kolejne wypociny z cyklu "Moje Pisanie". Zapraszam do czytania i komentowania.

poniedziałek, 29 maja 2017

Krzyże przydrożne w rejonie Służewa.

(Publikacja 29.05.2017 r.)

Jadąc rowerem po wiejskich drogach można napotkać wiele ciekawych i czasem starych kapliczek, krzyży i figur. Poniżej dwie budowle z okolic Służewa.





Naród musiał być kiedyś bardzo wierzący, skoro ustawiał te przydrożne symbole swej wiary w tak wielu miejscach. Chociaż i teraz zdarza się spotkać na rozstajach dróg nowe budowle. Wieś zawsze kojarzyła mi się z dużym zaangażowaniem narodu w tradycję i religię. Jestem ciekaw czy z racji tego, że ludność miast ucieka na wieś będzie to miało jakiś wpływ na wiarę i czy kiedyś takie obrazki jak te powyżej nie przejdą do historii. na wszelki wypadek jak spotykam na swej drodze to fotografuję te budowle. Może kiedyś komuś się to do czegoś przyda. 

Figura Matki Boskiej w Służewie.

1919 r. ?!

(Publikacja 29.05.2017 r.)

O Marjo!
Bez grzechu poczęta
módl się za nami
1919 r.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Szukam podziemnego przejścia pod torami w Aleksandrowie Kuj. Cz. 2.

Poszukiwania w terenie.

(Publikacja: 11.04.2017 r.)

Wyruszam w teren. Przypominam, że szukam ewentualnych śladów po przejściu przez torowisko w Aleksandrowie Kuj., które na przedwojennych mapach, zostało zaznaczone w rejonie budynków zakładu "Budkrusz" i rozebranej już dzisiaj starej cegielni. W poprzednim poście na ten temat - http://jerzy-foto.blogspot.com/2017/03/szukam-podziemnego-przejscia-pod-torami.html, zaszalałem trochę w mojej wyobraźni i spróbowałem stworzyć moją, własną historię tego miejsca. Teraz jak obiecałem udaję się w teren aby sprawdzić na własne oczy, przekonać się czy po starym przejściu naziemnym (wg relacji mieszkańców faktycznie tam takie kiedyś funkcjonowało) pozostały jakieś ślady.
Relację zacznę od lewej strony torów patrząc od miasta w kierunku Torunia. Na miejsce docieram ulicą Narutowicza. Za Sanatorium Kolejowym wjeżdżam w ulicę Boczną.
Generalnie znam to miejsce, ale teraz patrzę na nie trochę pod innym kątem.
Przy ul. Bocznej natrafimy na bardzo ciekawy budynek. Na dole murowany z drewnianym piętrem. Można powiedzieć, że wykonany w technologii :-) w jakiej również została postawiona aleksandrowska wieża ciśnień.



wtorek, 28 marca 2017

Gdzie czytają mój Blog?

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to Googlowska ściema, ale fajnie sobie pomarzyć o popularności :-)))

Szukam podziemnego przejścia pod torami w Aleksandrowie Kuj. Cz. 1.

Fikcja i teoria.

(Publikacja: 28.03.2017 r.)

- Panie kierowniku. Kiedy ja naprawdę nie spałem!

Niewysoki, starszy mężczyzna w starej kufajce, próbował za wszelką cenę przekonać swego szefa o swej niewinności. 
Andrzej Domaradzki był dyrektorem Cegielni w A. od kilku już lat. Wcześniej zdarzało się, że z Zakładu ginęły narzędzia, cegły, ale nigdy na taką skalę. Zawsze można było straty jakoś ukryć. Od miesiąca jednak, prawie dzień w dzień ujawniano brak kolejnych wartościowych przedmiotów. Stojący obok niego Komendant Milicji Obywatelskiej major Walenty Poważny, kiedy dowiedział się o kolejnej już kradzieży w Cegielni, postanowił jechać na miejsce i osobiście nadzorować pracę swoich ludzi. Teraz stał w rozkroku przed dozorcą i wręcz kipiał wściekłością. 

- Falczak, co Wy mi tu pier...!
Ryczał.
- Zakład Wam okradają a Wy nam wciskacie, że nie spaliście? Nie bądźcie śmieszni. A może sami lewiznę na boku po kryjomu za bramę wynosicie?Kradzieże powtarzały się, milicjanci przybywali na miejsce, robili co trzeba i niestety za każdym razem okazywało się, że sprawcy nie pozostawiali żadnych śladów. Coś trzeba było z tym zrobić. Tyle, że nikt nie wiedział co.

- Zdzichu. Jak zbierzesz to co masz do zebrania. O ile w ogóle coś tu znajdziesz... To wracaj i natychmiast do mnie na naradę! 
Technik kryminalistyki kiwnął głową i wrócił do swojej pracy. 

Zapowiedziana narada w Komendzie Rejonowej trwała do wieczora. Stawił się na nią prawie cały stan osobowy jednostki. Wniosek na koniec był jeden. Trzeba zrobić zasadzkę! 
Niestety to nie było takie proste. Cegielnia musiała wykonać narzucone plany. Praktyczne cały czas kręcili się po niej pracownicy. Komendant postanowił, że wystąpi o dwóch młodych funkcjonariuszy z pobliskiej jednostki ZOMO, aby pod przykrywką junaków Ochotniczego Hufca Pracy oraz pod pretekstem odbycia praktyk w cegielni, zrobili rozpoznanie wśród jej pracowników. 
Postanowiono również, że teren zakładu będzie dodatkowo całodobowo obserwowany z pobliskiego budynku mieszkalnego, z chwilowo wolnej kwatery pracowniczej cegielni. 
Po czterech dniach od narady, na terenie cegielni doszło ponownie do kradzieży. I znowu sprawcy nie pozostawili żadnych śladów. Dookoła obiektu nie zaobserwowano ruchu żadnych osób i pojazdów. Jednak z budynku głównego zginęły wiertarki i inne narzędzia. Pomimo dokładnego przeszukania całego terenu, milicjanci nic nie znaleźli. A przecież przez bramę zakładu takiej ilości fantów, złodziej nie mógł sam wynieść. Zarówno funkcjonariusze operacyjni jak i obserwujący obiekt nic podejrzanego nie zauważyli. Komendant był wkurzony. Jego przełożeni także. Nie wspominając o lokalnych decydentach partyjnych. 
Wreszcie nadszedł ten dzień w którym milicjanci wyznaczeni do sprawy Cegielni musieli wrócić do swoich normalnych zajęć. Niestety, złodziej nadal pozostawał na wolności.

✍✍✍
W gabinecie dyrektora cegielni panowała zwykle cisza i spokój, przerywana jedynie odgłosami dochodzącej z zewnątrz produkcji. Jednak dzisiaj, sekretarka Pani Basia nie nadążała z odbieraniem telefonów do Szefa. Wszyscy lokalni decydenci oraz dziennikarze lokalnych gazet, za wszelką cenę próbowali dowiedzieć się czegoś o tym co się dzieje w Zakładzie.
- Szefa nie ma jest na produkcji. Proszę zadzwonić jutro.
Pani Basia nie pracowała tu od dzisiaj. Wiedziała co robić w takich przypadkach. Kilka lat temu, kiedy w zakładzie wybuchł pożar za poprzedniego dyrektora, przeżywała podobne, jeszcze większe oblężenie. Poprzedniego Szefa Pana Adama niestety przenieśli po tych wydarzeniach do innej firmy, ale ona na warcie dalej pozostała.
- Szkoda. Pewnie Andrzeja też po tym wszystkim przeniosą. Pomyślała w przerwie pomiędzy jednym dzwonkiem telefonu a drugim.
-Szkoda. I premie były i jubileusze. Kwiaty na Dzień Kobiet. A i na wczasy pracownicze do Jugosławii można było pojechać. Szef załatwił.
Wzdychała.
- Dzień dobry. Jest Szef? Ja do Szefa.
Do sekretariatu wszedł młody pracownik Paweł Zielony. Porządny chłopak, ale to nie był czas na takie wizyty.
- Nie ma. Odpowiedziała, zbywając mężczyznę sekretarka.
- Wyjechał do Prezydium.
- Czym wyjechał? Jak Warszawa stoi przed bramą. Pani Basiu ja tylko na chwilę. Mam pomysł co zrobić w sprawie kradzieży.
- Tak?! No to wchodź.

Zielony wszedł do gabinetu. Nie wychodził z niego przez dobrą godzinę. W tym czasie do Dyrektora został jeszcze poproszony kierownik produkcji Pan Nosek. Była to jedyna osoba do której Domaradzki miał całkowite zaufanie. Po godzinie drzwi gabinetu otworzyły się. Wyszli z niego dwaj przybyli wcześniej mężczyźni. Zielony, w przejściu odwrócił się jeszcze za siebie i powiedział.
- Był Pan w harcerstwie? Panie Dyrektorze.
- Ja? Nie. W ZSMP. A co? 
Zdziwił się Domaradzki.
- A ja byłem che che. To się musi udać!
- Nie rozumiem, ale obyście mieli rację! 

✍✍✍
7.00 rano. Na biurku oficera dyżurnego Komendy Rejonowej przeraźliwie zadzwonił telefon. Dyżurny powoli otworzył oczy. Komendant przychodził zwykle po 8:00. Do 7.30 można było jeszcze pokimać przy biurku, dopóki obywatele nie obudzili się z snu ze swoimi problemami.
- Czego...? milicjant zamruczał do siebie pod nosem i podniósł słuchawkę.
- Komenda Rejonowa Milicji Obywa... Słuucham?! 
Oficjalna formułka utknęła w gardle milicjanta.
- Słucham?! Znowu?! Już wysyłam!
Wystrzelił słowa jak z karabinu. Odłożył słuchawkę na widełki i zerwał się z krzesła. Milicjant w jednej chwili otrząsnął się z resztek snu. Wybiegł z dyżurki na korytarz i wrzasnął.
- Zdzichu!
- Co jest?
Z szatni wyszedł wysoki milicjant ubrany tylko w spodnie i buty moro.
- Dobrze, że już jesteś! Ubieraj się szybko. Bierz psa i do cegielni. Patrol już tam jedzie. Mamy kolejne włamanie.
- K... znowu?! Zaklął pod nosem przewodnik psa.
- Tak, ale tym razem mają ślady...!
 ✍✍✍
Sierżant Zdzisław Libski kucał przed okopconą silnie ścianą niewielkiego nieużywanego na co dzień  pomieszczenia technicznego cegielni. Po ostatnim pożarze, obite blachą ściany pozostały do dzisiaj czarne. Milicjant poświecił latarką na podłogę. Ślady butów prowadziły wyraźnie w to miejsce i jak się od razu okazało wychodziły także z... tej ściany.
- Dziwne?... 
Pomacał ręką blachę, od góry do dołu. W pewnym momencie wyczuł, że płyta odstaje od ściany i palcami daje się wyczuć sporą szparę.
- Potrzebuję jakąś brechę albo długi pręt! Zawołał do stojących przed wejściem do hali ludzi.
Wspólnie z drugim milicjantem z patrolówki Piotrem, przyniesionym prętem podwadzili blachę. Przez chwilę myśleli, że nic się nie stanie. Metal stawił opór. Jednak po chwili spod blachy dał się słyszeć suchy trzask i płyta bez problemu ustąpiła. Milicjanci odciągnęli jeden jej koniec od ściany. Jak się okazało drugi, był wewnątrz zainstalowany na solidnych zawiasach.
- Właz!? 
Zdziwienie pojawiło się na ich twarzach. 
Funkcjonariuszom ukazało się szerokie i wysokie na ponad półtora metra wejście do ciemnego szybu. Jak się okazało, śruby które normalnie mocowały wszystkie blachy do ściany, tutaj były tylko atrapą. Zostały po prostu wkręcone w blachę i z tyłu zaspawane. Po dociśnięciu włazu do ściany, blokował go sprytny zatrzask, który zapewne po pożarze w cegielni pod wpływem temperatury wypaczył się i dlatego teraz milicjanci mogli bez problemu zauważyć szparę pod płytą. 
- No to mamy ptaszka! Idziemy?
- Dawaj Zdzichu!
- Dobra. Puszczam psa przodem na krótkiej lince, żeby mi w coś nie wlazł. Ty idziesz za mną i patrz na boki, i w górę, żeby nam coś na łeb nie spadło! Jasne?
Rozmówca kiwnął głową i wydobył z kabury, służbowy pistolet P-64. Tunel był na tyle wysoki, że milicjanci mogli iść w nim prawie wyprostowani. Najpierw prowadził schodami kilka metrów w dół. Potem biegł cały czas w poziomie. Po przejściu kilkudziesięciu chyba metrów - w ciemności trudno było o prawidłową ocenę odległości - ściany z betonu w pewnym momencie, w światłach latarek poszerzyły się i zamieniły się w cegłę. Nagle w ciemności dał się słyszeć głuchy tętent, który zbliżał się coraz bardziej.
- Co to?
Zapytał przerażony Piotr. Pies tropiący zaczął przeraźliwie ujadać.
- Pociąg?! Ku..! Jesteśmy pod torami. Padnij! Milicjanci rzucili się przerażeni na ziemię. Tętent przeszedł w potworny huk. Z ceglanego stropu posypał się piasek i kurz. Tak jak przeraźliwy hałas szybko nadszedł, tak szybko oddalił się wraz z oddalającym się pociągiem.
- Dobra, idziemy dalej. Jesteśmy tu bezpieczni. Stara, dobra, pewnie poniemiecka robota. Rzucił Libski. Ni to pytając, ni to stwierdzając. Dalej tunel ponownie przeszedł w wąski betonowy korytarz. Po przejściu około stu metrów, milicjantów zatrzymał metalowy właz.
- Koniec! 
Libski podsumował ich wędrówkę i obejrzał drzwi.
- Dalej przejścia nie ma. Są drzwi, ale chyba można je otwierać tylko z jednej strony. 
Nagle z drugiej strony metalu, rozległo się stłumione skrzypienie i hałas. Po chwili milicjanci usłyszeli kroki i odgłosy rozmowy.
- Gdzie to postawić?
- Nie wiem... Co za różnica. Jak kierownik kazał to dać do schronu to za szybko i tak tego stąd nie wyciągną. Spójrz na te rupiecie. Leżą tu już po kilka lat.
Dalszej rozmowy funkcjonariusze już nie słuchali. Libski podniecony, szeptem odezwał się do Piotra.
- Chyba wiem gdzie to jest. Zostań tu i czekaj. Ja pędzę do góry.
- Dobra. Tylko pośpiesz się bo mnie tu szczury zjedzą. 
Libski szybko wycofał się z tunelu. Wyszedł na powierzchnię i pobiegł do zaparkowanej pod bramą milicyjnej Nysy.
- Komendancie chyba to mamy... Rzucił do siedzącego w środku szefa. A do kierowcy: 
- Waldek, jedź do Budrębu. Tam może być sprawca.
Przejazd na drugą stronę torów do znajdującego się praktycznie w odległości 100 m. w linii prostej Zakładu Produkcji Maszyn zajął milicjantom prawie 20 min. Po drodze musieli pokonać przejazd przez tory. Oczywiście jak zwykle, kiedy zależało im na czasie był zamknięty z powodu przetok. Korzystając z chwili przerwy Komendant zapalił papierosa.
- Szlag mnie zaraz trafi! 
Zaklął.
- Wiecie, że kiedyś w okolicy cegielni było przejście przez torowisko? Ludzie nawet coś o tunelu gadali. Że niby Niemcy mieli taki budować. Niezła bujda co?
- Chyba nie do końca... Szefie.
Wtrącił się Libski i korzystając z postoju opowiedział swemu szefowi przebieg i rezultat swych działań w cegielni.
- No to ładnie... Komendant chciał coś jeszcze dodać, ale szlabany na przejeździe uniosły się i Nysa ruszyła z kopyta na sygnałach, uniemożliwiając dalszą rozmowę. Kiedy radiowóz wjechał na teren Budrębu, milicjanci pobiegli do biura. Już na wejściu Rybicki, głosem nie znoszącym sprzeciwu, zawołał do jednego z pracowników.
- Szybko dawać kogoś z kluczami do tego Waszego schronu.
- Ale? O co chodzi? Tam jest zawsze otwarte...
- To prowadźcie nas tam. 
Mężczyźni wspólnie z pracownikiem Budrębu szybko dotarli na tyły zakładu do starego schronu przeciwlotniczego z lat 50-tych. Po wejściu do środka i zapaleniu światła Libski zawołał:
- Piotrek! Jesteś tam?!
- A gdzie niby mam być?
Z głębi pomieszczenia dało się słyszeń stłumiony głos milicjanta patrolówki.
- No to jesteśmy w domu. Panie Komendancie. Piotrek wracaj do cegielni. 
w sporej sali zawalonej starymi meblami, zakurzonymi maszynami, pod jedną ze ścian milicjanci znaleźli przykryte workami niewidoczne spod wejścia fanty z włamań do cegielni. Wiertarki, narzędzia.
Niestety nie było tam wszystkich skradzionych przedmiotów. Zapewne sprawca część rzeczy wyniósł wcześniej poza teren zakładu. Stróże prawa odetchnęli z ulgą. Sprawa była rozwiązana. Należało, jeszcze tylko znaleźć sprawcę.
 ✍✍✍
- I co znaleźli w końcu tego złodzieja? Panie Pawle.
Pytam starszego pana, w którego domu położonym na przedmieściach Londynu, goszczę za pomocą komunikatora internetowego. 
- Tak, młody człowieku. Znaleźli. Nawet większość skradzionych fantów odzyskano. Pewnie się zastanawiasz co taki prosty robotnik jak ja - Paweł Zielony, mógł wymyślić, czego cała nasza rejonowa milicja nie mogła wymyślić. Oni po prostu działali zgodnie z tym czego ich w szkołach i na kursach nauczono. Po drugie nie mieli dostępu do pewnych hmm...? Jak by to nazwać? Środków... Poza tym, może nie byłem starym pracownikiem cegielni, ale dobrze ją już poznałem. Kiedyś, jak wspomniałem byłem harcerzem. Nie raz bawiliśmy się w tropicieli. Podchodziliśmy obozy innych drużyn. Często bawiliśmy się także w detektywów. Materiały i informacje czerpaliśmy ze "Świata Młodych", była kiedyś taka gazeta. 
Wymyśliłem, że skoro złodzieje zawsze wiedzą kiedy w zakładzie nie ma zbyt wielu ludzi, nie zostawiają żadnych śladów i nie wynoszą nigdy niczego poza ogrodzenie. No i skoro milicjanci nie nakryli ich nigdy poza terenem głównej hali, to trzeba było zmusić bandytów do tego żeby sami się nam pokazali. Wymyśliłem, żeby dokładnie wysprzątać podłogę w hali i posypać ją ciemnym pyłem z pieca. Wiem! Pomysł prosty, wręcz naiwny. Ale okazał się skuteczny.  Podłoga w cegielni była szara. Po ciemku, pył nie rzucał się w oczy. Mogliśmy to zrobić bo akurat zakład miał planowaną przerwę w produkcji na konserwacje sprzętu. Ludzie podostawali urlopy. Złodzieje w nocy mogli kraść w najlepsze. 
No i udało się. Oni, a właściwie on tego nie zauważył, ale doświadczony milicjant poszedł po śladzie jak pies za zającem. Tu mój rozmówca zaśmiał się rubasznie.
- Wie Pan, Panie Dziennikarzu, może i oni kiedyś sprzęt mieli mniej nowoczesny, ale czasu na łapanie złodzieja to na pewno mieli więcej. Ale do rzeczy.
- Pewnie zastanawia się Pan co to był za tunel?
- No cóż?
Odpowiadam.
- Słyszałem czasem takie głosy od starych mieszkańców o jakimś przejściu przez tory w tym rejonie miasta. Ale wszyscy pamiętali przejście naziemne. O tunelu nikt nic nie mówił.
- Widzi Pan. Ten tunel pod torami to tam był jeszcze przed wojną. Rosjanie jak budowali tory, wbrew temu co się teraz jeszcze o nich czasem mówi, działali wtedy zupełnie logicznie. Niech Pan spojrzy na mapę i usytuowanie torów. Wszędzie wały, albo nasyp. Pomiędzy znanymi Panu dzisiaj przejazdami jest dobrych kilka kilometrów. Musiało być coś jeszcze pomiędzy, w środku. 
I było. Był tam tunel, do którego prowadziła opadająca w dół przy torach droga. Dzisiaj ta droga to znana pewnie Panu, ulica "Na Uboczu". Sam tunel był oczywiście z cegły. Może nie był zbyt szeroki, ale wóz mógł tamtędy swobodnie przejechać. Zresztą, podobny tunel tylko większy do dzisiaj przecież znajduje się kilka kilometrów dalej w kierunku Torunia.
Wybuchła wojna. Około roku 1941 tereny przy przejściu po jednej i po drugiej stronie zajęło wojsko niemieckie. Cegielnia, tartak, stolarnia weszły pod zarząd służb logistycznych Wehrmachtu. Stały się zapleczem dla działań organizacji Todt. W 1944 r. Niemcy na terenie gdzie dziś jest "Budręb" założyli prowizoryczny obóz dla niewolników pracujących przy budowie umocnień wojennych. Tereny te były praktycznie niedostępne dla Polaków. Działająca w okolicy niewielka komórka polskiej organizacji podziemnej była bardzo słaba.  Niemcy żeby ułatwić sobie transport z jednej strony miasta na drugą, postanowili poszerzyć i rozbudować tunel pod torami. Jednak prace zostały przerwane, przez coraz gorszą sytuację na froncie. Wobec coraz bardziej realnego zagrożenia ze Wschodu, zmieniły się priorytety. Nacisk położono na rozwój infrastruktury obronnej. Budowlańcy zdołali tylko zrobić kanał techniczny, którym mieli ciągnąć linie telefoniczne, rury itp. Wie Pan, oni budowali inaczej niż my. Najpierw rury a na końcu kładło się nawierzchnię drogi. Nie tak jak u nas po wojnie. Odwrotnie. Che che. 
- Ale do rzeczy... Kilka miesięcy przed ewakuacją, szkopy wymyślili sobie, że włączą cegielnie do systemu obrony Torunia. Postanowili zasypać tunel, ale pozostawić przejście do kanału technicznego. Teren wyrównano. Po zachodniej stronie torów mieli pobudować bunkry. Kanał miał umożliwiać przemieszczanie się z jednej strony na drugą. Dodatkowo chcieli zaminować stary tunel pod torami i w razie czego wysadzić torowisko. Oczywiście prace były prowadzone w tajemnicy. Na mieście rozgłaszali dyskretnie, że likwidują stary przejazd, ponieważ jego struktura dawno nie remontowana zaczęła ulegać degradacji pod wpływem ciężaru transportów wojskowych. Dla niepoznaki przejazd kolejowy poprowadzili górą. To dlatego dzisiaj jeśli ktoś pamięta, że było tam przejście to przed oczami ma właśnie ten nowy naziemny przejazd. Jednak i te prace zostały przerwane. Główna linia umocnień została zawężona i przeniesiona bardziej na północ za rzeczkę Trączynkę. Aby zapobiec ingerencji w tajny tunel, od strony cegielni wejście zamaskowano w pomieszczeniu technicznym płytami stalowymi. Bo nie powiedziałem Panu chyba, że kanał techniczny został przedłużony, aż do pobliskiej cegielni.
Wlot po drugiej stronie ukryto natomiast w zwykłym betonowym zbiorniku na wodę. W wizjach powojennego świata, kanał ten miał posłużyć niemieckim partyzantom w przejęciu kontroli nad infrastrukturą gospodarczą powojennej Polski. 
Po wojnie zaczęto w tym miejscu budować Zakład Produkcji Maszyn "Budręb". Oczywiście jak każdy porządny zakład, którego produkcja miała znaczenie strategiczne dla obronności kraju, musiał mieć schron. Tu Pan Paweł uśmiecha się ironicznie pod nosem. 
I zaczęto taki budować. Powstał w miejscu gdzie był pozostawiony przez Niemców zbiornik na wodę. Oczywiście budowa schronu była tajemnicą. Dookoła ustawiono parkan. Wokół budowy, terenu pilnował patrol wojska. W trakcie prac natrafiono na niemiecki kanał. Rozminowano go. Coś tam ktoś może i przebąknął o tym, żeby odbudować przejście pod torami, ale zwyciężyła jednak opcja militarna nad gospodarczą. Skoro miał być schron - to musi być schron!
Ówczesna władza raczej nie posługiwała się logiką w działaniu. Schron wybudowano. Jednak wprowadzono w pierwotne plany pewną modyfikację. Poniemiecki kanał przyłączono do nowej budowli jako tunel ewakuacyjny, albo po prostu miał on służyć dodatkowo pracownikom cegielni. Nie wiadomo. Nikt nie zastanawiał się nad tym, czy podłączenie takie ma sens z punktu widzenia projektantów schronu i czy nie zepsuje to jego walorów obronnych. Ma być i już! Zamontowano dodatkowe metalowe drzwi. - I... Mój rozmówca na chwilę zawiesza opowieść. 
- I schron... zamknięto. Zakład nie wykorzystywał go nigdy nawet do ćwiczeń Obrony Cywilnej. Dlaczego? Ponieważ budowy nie ukończono. Nie podłączono tam telefonów, wentylacji, oświetlenia, agregatów prądotwórczych. Dlaczego? Bo zmieniły się plany i "Budręb" przestał mieć znaczenie strategiczne dla obronności kraju. Ale niedokończony schron, pozostał.
Z biegiem lat stał się magazynem nieużywanego sprzętu. Nikogo nie interesowało co znajduje się za metalowymi drzwiami na końcu sali. Z czasem wśród pracowników zakładu rozeszła się informacja, że za "tajemniczymi" drzwiami miała być druga sala. Ale z braku funduszy budowę przerwano a powstałą wnękę zabezpieczono po prostu na lepsze czasy pancernymi drzwiami. Przejście przez tory funkcjonowało tam jeszcze do końca budowy zakładu. Potem teren Budrębu wchłonął przejazd. Ponieważ nie było tam dróżnika, był zbyt niebezpieczny i stał się bezużyteczny. Został zablokowany na stałe i postawiono ogrodzenie. Z czasem Kolej przebudowała torowisko i zlikwidowała zupełnie przejazd. Ślady po nim pozostały tylko w pamięci ludzkiej i na starych mapach.
Mój rozmówca na chwilę przerywa opowieść i popija łyk herbaty ze szklanki.  
Pewnego dnia w "Budrębie" w latach 70-ych został zatrudniony nowy dozorca Janusz B. Pracował tam kilka lat. Poznał dokładnie zakład. W nocy kiedy nie mógł spać, chodził po całym obiekcie. Ponieważ w drzwiach schronu popsuł się kiedyś zamek, miał dostęp także i do jego wnętrza. Zainteresował się także naszymi "tajemniczymi" drzwiami. Którejś nocy udało mu się otworzyć pordzewiałe zamknięcia. Jakież było jego dziwienie, gdy za nimi zamiast niedokończonej sali zobaczył długi korytarz. Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy korytarz zaprowadził go do sąsiedniej cegielni.
Na początku miał pewne opory, ale jak to mówią "okazja czyni złodzieja". Ponieważ dozorujący oba zakłady znali się i często w nocy prowadzili ze sobą rozmowy telefoniczne z "cieciówek", zawsze wiedział kiedy cegielnia ma przerwy w produkcji.
Doskonale wiedział kiedy może wejść na jej teren niezauważony i coś sobie zabrać. Przyznał się nawet do tego, że kilka razy przypadkowo prawie został nakryty przez pracowników cegielni, kiedy wynosił jakieś fanty. Jednak udało mu się nie wzbudzić ich podejrzeń. Zawsze na robotę chodził w skradzionych stamtąd firmowych ubraniach roboczych.
W kaskach na głowie, w nocy przy słabym oświetleniu wszyscy wyglądali tam podobnie. 
Ten proceder trwał ... prawie 5 lat! Ponieważ na początku kradł tylko cegły, w ilości jaką zdołał zabrać jednorazowo, nikt nawet tego nie zauważył. Jednak potem rozszerzył swoją działalność. No i w końcu przegiął. Oczywiście, fanty przeniesione kanałem musiał jakoś wyprowadzić poza swój własny zakład. Robił to od razu chowając gdzieś w krzakach poza ogrodzeniem. Czasem organizował sobie jakiś wózek i wtedy zbierał wszystko w schronie.
Kiedy milicjanci pamiętnego dnia, przejrzeli buty wszystkich pracowników Budrębu, okazało się, że czarny pył rozsypany przeze mnie na hali, osadził się tylko ona butach dozorcy. Podczas przesłuchania pękł i przyznał się do wszystkiego. Część skradzionych fantów odzyskano. Część Janusz B. zdążył już upłynnić. 
Prokurator zarządził nawet, przepadek na poczet kary wybudowanego przez Janusza B., niedokończonego domu. We wszystkich ścianach bowiem ujawniono cegły z emblematem cegielni. Oczywiście całej chałupy z nich by nie dał rady postawić. Ale, że nie miał na materiały budowlane żadnych rachunków a miejsc ich nabycia nie potrafił wskazać, prokurator pojechał jak to mówią, po całości. 
Sprawy odnalezienia tunelu ze względów bezpieczeństwa nie nagłaśniano. Poza tym władze obawiały się żeby mieszkańcy nie zażądali odbudowy przejścia pod torami. Obawiano się kosztów. Niektórzy decydenci podobno nawet uważali, że w ten sposób łatwiej sprawować kontrole nad jego mieszkańcami i dbać o ich bezpieczeństwo. Dziś może wydawać się to absurdalne, ale w tamtych czasach myśli władzy ludowej podążały różnymi torami, niekoniecznie logicznymi. 
Informacje o tych zdarzeniach zostały w miarę możliwości zablokowane. Co wtedy nie było takie znowu trudne. Ludzie się bali władzy. Nie było wolnej prasy ani internetu.  
Wejścia do poniemieckiego tunelu zamknięto. Pamięć o nim znowu zaczęła ulegać zatarciu wraz z umierającymi świadkami tamtych zdarzeń. Zmieniły się czasy. Cegielnia została zamknięta i rozebrana.
Mój rozmówca na chwilę przerywa opowieść.
Swoją drogą to ciekawe, że podczas rozbiórki nikt nie odnalazł tego przejścia? Zastanawia się Pan Paweł. 
- Tyle czasu Cegielnia popadała w ruinę, że pewnie wszystko tam się pozapadało. Pamiętam, że były tam jakieś studnie i zapadliska, ale kto by się tym przy rozbiórce przejmował. Po co robić sobie dodatkowe problemy.
 Odpowiadam. 
- Hmm. Pewnie i racja. Nikt. No może poza mną i żyjącymi jeszcze milicjantami nie pamięta o podziemnym przejściu pod torami. Ale oni się rozpili i nikt nie wierzy w ich opowieści.
- Wszyscy przeszli nad tym... (Nomen omen? Tak to się chyba mówi? Che che.) tunelem do porządku dziennego. Pan jest pierwszą osobą, która zainteresowała się tymi wydarzeniami sprzed lat.
- No cóż. Historia kołem się toczy Panie Pawle. Zamyślam się. 
Rozmawiamy jeszcze chwilę.
Na zakończenie umawiamy się na kolejną video-rozmowę za kilka dni. 

👇
I na tym koniec opowieści dziwnej treści. 
Historia ta została przeze mnie wymyślona od początku do końca. Nazwy i nazwiska powstały w mojej wyobraźni.
Zmieniłem w niej miejsce akcji, żeby przypadkiem jakiś czytelnik nie uznał ich za fakty. 
Do jej napisania zainspirowały mnie informacje, na które pewnego dnia zwrócił mi uwagę mój Znajomy (pozdrawiam). 
Szczerze powiedziawszy uznałem je za żart. Nie... Niemożliwe! Pomyślałem.
Jednak ostatnio coś mnie tchnęło i korzystając z wolnych chwil, zacząłem dokładnie przeglądać stare mapy Aleksandrowa Kuj.. Nie wierzę! Przecież to widać tu wyraźnie. jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć.
Czyżby coś co od wielu jest jest marzeniem mieszkańców Aleksandrowa Kuj. kiedyś było i nikt o tym nie wie?
Wszystkich mieszkańców od lat denerwuje przejazd kolejowy. Przebiegający przez centrum miasta i nieustannie paraliżujący komunikację w mieście. 
Wielu pamięta jeszcze czasy realnego socjalizmu, kiedy kolej przeżywała rozkwit. Mieszkańcy pamiętają tzw. przetoki prowadzone na torach w biały dzień. Podczas których lokomotywy przesuwały wagony z jednej strony przejazdu kolejowego na drugą przez dobrych kilka minut. 
Z jaką ulgą został wśród mieszkańców przyjęty początek budowy nowego wiaduktu tuż przy przejeździe. 
Stary wiadukt był dość daleko od "centrum" i czas oczekiwania na otwarcie szlabanów, częstokroć równał się czasowi obejścia przeszkody starym wiaduktem. 
Do miasta wreszcie zawitała cywilizacja. Niestety, cywilizacja ostatnimi czasy ponownie opuściła Aleksandrów Kujawski. 
Nowy wiadukt stał się stary i nie remontowany rozsypał się. A stary póki co dalej stoi... Super. Ciekawe jak długo...? Dobrze, że kolej podupadła i już przetoków nie robią. Chciałoby się złośliwie powiedzieć.
Niestety cywilizacja nie była tak samo łaskawa dla kierowców jak dla pieszych. Do dzisiaj komunikacja pomiędzy dwiema połówkami miasta jest co jakiś czas wstrzymywana przejazdami pociągów. Samochodów przybywa i korki robią się coraz dłuższe. A rozwiązań nie widać. Co prawda, niejednokrotnie obiło mi się o uszy, że podobno Niemcy chcieli wybudować w Aleksandrowie przejście podziemne. Ale czy to prawda, nie wiem. 
A tymczasem. Czyżby bajka o tej budowli miała w sobie jakąś cząstkę realności? Może to nie jest taka bajka jak się wydaje?
🚉
Otóż na starych przedwojennych mapach w rejonie mniej więcej dzisiejszych zabudowań Szpitala Kolejowego i "Budkruszu", po stronie zachodniej oraz na wysokości ruin cegielni po stronie wschodniej, wyraźnie widać oznaczenia wiaduktu lub innego przejścia pod torami. Przejście to zdaje się łączyć, boczną odnogą (dosłownie jest to dzisiaj ulica Boczna) ulicę Narutowicza z ul. Kościelną. 
Ciekawe, że na mapie zostało to oznaczone podobnie jak "wiadukt" na Białych Błotach i przepust rzeki Tążyny.    
Proszę oto analiza przedwojennych map Aleksandrowa Kujawskiego.

Mapy wskazują na stany z lat 30-tych. Tutaj jeszcze sytuacja przedmiotowa jest słabo widoczna, ale idźmy dalej. Spójrzcie poniżej.

piątek, 24 lutego 2017

Kapliczka przydrożna przy wjeździe do Nieszawy.

(Publikacja: 24.02.2017 r.)


Kapliczka a właściwie figura Matki Boskiej na skrzyżowaniu ulic prowadzących w dół do Nieszawy, ulicą Mickiewicza od Raciążka. Żadnych napisów na budowli nie znalazłem.


czwartek, 23 lutego 2017

Kościół Ewangelików w Nieszawie.

(Publikacja: 23.02.2017 r.)

Pierwszy kurs do Nieszawy, szynobusu hybrydowego Nadwiślańskiej Kolejki Turystycznej, z ciechocińskiego dworca kolejowego odchodzi w lecie  o godzinie 8:00 rano. Baliśmy się z moim kolegą Piotrem, że się spóźnimy i będzie trzeba czekać na następny kurs ponad godzinę. Śniadanie w sanatorium trochę nam się przedłużyło a droga do dworca pieszo zajmowała prawie pół godziny. Żółte melexy pełniące w kurorcie rolę miejskiego transportu o tej porze dopiero zaczynały kursować. Na szczęście na dworzec dotarliśmy na czas. 
Szynobus NWT pomalowany w charakterystyczne jasno niebieskie kolory czekał na nas na bocznym torze ciechocińskiego dworca. Kiedyś jeździły nim wagony towarowe wożące transporty dla warzelni soli. Potem, kiedy transport kolejowy w Polsce przestał być opłacalny, pociągi przestały kursować i tor rozebrano. Obecnie po tej trasie porusza się szynobus. Wiele się zmieniło od czasu kiedy ostatni raz byliśmy tu z Piotrem. Prężnie rozwijający się Ciechocinek, stał się centrum administracyjnym powiatu. Co prawda jego siedziba nadal mieści się w Aleksandrowie Kuj. ale zmieniła się nazwa. Od niedawna jest to powiat ciechociński. Przeciwnicy tych zmian nadal twierdzą, że była to reforma bardziej medialnie niż merytorycznie uzasadniona, ale słychać również głosy, że pozytywny wizerunek rozwijającego się kurortu stał się przykładem dla pozostałych miejscowości. No cóż. Nie wiem czy tak jest faktycznie, ale znajomi mówią, że przynajmniej teraz tłumacząc gdzie leży ich powiat, nie muszą dodawać zwrotu; "tam gdzie jest Ciechocinek!"
Bilety na podróż kupiliśmy z automatu w szynobusie. Karta pobytu w sanatorium uprawniała nas do zniżki na przejazd. Świetne rozwiązanie. Dzięki temu małemu kartonikowi, który otrzymaliśmy na początku pobytu w sanatorium, mogliśmy korzystać z wielu ulg i zwolnień z opłat za atrakcje kulturalno-rozrywkowe w mieście i okolicy.
Ale dość tych nudnych gadek na tematy polityczne. Wracamy do naszej podróży. 
W szynobusie o tej porze dnia nie było wielu pasażerów. Miejsc siedzących pozostało wolnych jeszcze dużo. Wybraliśmy dwa z przodu pojazdu. 
Oczekiwanie na start umilał nam monitor, na którym przewodnik opisywał zalety pojazdu oraz prezentowano krótką charakterystykę regionu. 
Pojazd był czysty i nowoczesny. Czysty bo monitorowany przez kamery ochrony. I dodam jeszcze, że monitoring działał, co nie zawsze kiedyś było takie oczywiste. 
O godzinie 8:00 ruszyliśmy. Prezentacja w monitorze natychmiast przeszła w tryb podróży. Teraz skupiono się bardziej na opisie słownym tego co widać było przez szerokie panoramiczne okna.
Pojazd powoli zbliżył się do przejazdu przy rondzie Placu Gdańskiego. Powoli przeciął nitkę jezdni, zamkniętej teraz czerwonym światłem z sygnalizatora. Przejazd odbywał się przy akompaniamencie starego dzwonka tramwajowego ostrzegającego pieszych.
Wjechaliśmy w korytarz zieleni Parku Zdrojowego, po nasypie dawnej towarówki. Przez okna z prawej strony widać było pierwszych kuracjuszy, którzy rozpoczynali dzień porannym joggingiem po parku.
Nasz pojazd cicho szumiąc silnikiem elektrycznym, dotarł do ulicy Solnej tutaj zakręcił ostro przed warzelnią soli i zatrzymał się na pierwszym przystanku, przed lokalnym muzeum. 
Z prawej strony za oknami widać było jedną z atrakcji Parku Zdrojowego, Park Miniatur Zabytków Kujaw. 
Kiedyś w tym miejscu był dziki parking, ruina starej restauracji i wielka łąka. Dzisiaj to jedno z częściej obok aquaparku i odnowionego po latach niszczenia, zabytkowego basenu termalnego, odwiedzanych atrakcji Ciechocinka. Nie zapominając oczywiście o tężniach i przywróconej w ich pobliżu kilkukilometrowej ścieżce zdrowia, która teraz w okresie bumu na fit-życie, codziennie była oblegana przez ćwiczących.
Na przystanku dołączyła do nas rodzina z dwójką dzieci. Zapewne byli to turyści, którzy zajmowali jedną z pobliskich kwater prywatnych. 
Szynobus ruszył dalej. Za zakrętem ulicy Traugutta, minęliśmy przystanek na życzenie, przed drogą prowadzącą na Kępę Dzikowską. 
Nie zatrzymując się, pojazd wyjechał poza tereny zurbanizowane. Napęd prawie niezauważalnie przełączył się  na ekologiczny silnik spalinowy, o czym poinformowała nas przez głośnik, prowadząca pojazd kobieta i powoli zwiększał szybkość naszej podróży.
Kierowaliśmy się w rejon przystani rzecznej na Wiśle i plaży miejskiej.
Zatrzymaliśmy się wreszcie w pobliżu wału przeciwpowodziowego, którym poprowadzono malowniczą trasę spacerową. Kilkoro pasażerów opuściło nasz "pociąg" i udało  się na plażę miejską. 
Zwykle w dni słoneczne oblegana przez zwolenników kąpieli słonecznych, teraz jeszcze była pusta i cicha. 
My ruszyliśmy dalej. Teraz jechaliśmy malowniczą trasą wzdłuż rzeki Wisły w kierunku ostatecznego celu naszej wyprawy, miasta Nieszawy.
Po drodze jednak mieliśmy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję regionu, nowo powstałą tamę czyli tzw. stopień wodny na Wiśle. 
Szeroka betonowa "brama" wodna na rzece, była widoczna już z daleka. W końcu przejechaliśmy pod wiaduktem szosy Lipno - Raciążek i zatrzymaliśmy się na tzw. przystanku widokowym. 
Postój trwał tu 20 minut a dla podróżnych przygotowano schody prowadzące bezpośrednio na punkt widokowy. Kto chciał mógł zwiedzić obiekt i zostać tam dłużej. Transport powrotny zapewniał ten sam szynobus, jadący z powrotem, z Nieszawy. 
Przed nami rozciągał się teraz widok na szeroko rozlany błękit niewielkiego, ale malowniczego; tzw. Zalewu Nieszawskiego. Co prawda tama powstała w Siarzewie, jednak mianowanie nowo powstałego zbiornika wodnego siarzewskim, nie przypadło nikomu do gustu. Nie był to co prawda tak znaczący akwen jak ten za starą tamą we Włocławku, ale walory rekreacyjne posiadał, co od razu dało się zauważyć. Na błękitnej powierzchni wody widać był liczne żagle jachtów. 
Wreszcie nasza podróż dobiegła końca. Dotarliśmy do granic Nieszawy. 
Już z daleka w oddali widać było wieże trzech budowli sakralnych. 
Pierwsza, to wieża zabytkowego kościoła katolickiego. 
Druga wystawała z dachu dawnego klasztorka. 
I wreszcie trzecia, górująca nad dachem odbudowanego kościoła ewangelickiego.
Tak, zgadza się. Nie pomyliłem się. Kościół został odtworzony w oryginalnych rozmiarach na podstawie zachowanej dokumentacji. Była to jednak rekonstrukcja ogólna raczej, niż szczegółowa. Zachowano co prawda zewnętrzny, historyczny wizerunek budowli, ale wnętrze ma już wystrój współczesny.
Zresztą pomysł sam w sobie, o tyle ciekawy co kontrowersyjny. Swego czasu, rozgorzał w mediach regionalnych, sporem zwolenników i przeciwników pomysłu budowy, rozważających wszelkie argumenty za i przeciw.
Ostatecznie jednak obiekt stoi i jest dzisiaj Regionalnym Centrum Kulturalnym. Poza tym, pełni także rolę dworca Nadwiślańskiej Kolejki Turystycznej. Przed budynkiem zorganizowano w miejscu gdzie dawniej znajdowało się zaplecze i plebania kościoła, stację przesiadkową. Stąd pasażerowie mogli udać się na zwiedzanie miasteczka, albo ruszyć dalej, brzegiem Wisły w kierunku Włocławka.
My zakończyliśmy jazdę i ruszyliśmy zwiedzać Nieszawę.
Kiedyś obskurna i zrujnowana, dzisiaj kwitnąca i tryskająca energią. Niegdyś, bliska utraty praw miejskich, dzisiaj przeżywająca rozkwit. Jakże miło było przespacerować się uliczkami, między odnowionymi bądź nawet odbudowanymi domami. Wszędzie oczy nasze pieściły kolorowe barwy ścian i zieleń roślin.
Kolorytu i ekscentryczności dodawały temu miejscu, licznie postawione rzeźby przedstawiające oryginalnej wielkości bohaterów kręconego niegdyś w Nieszawie filmu pt. "Wiosna Panie Sierżancie".
Szliśmy ulicą 3 - go Maja, dawniej ironicznie nazywaną przez złośliwych Sezamkową, dzisiaj będącą szlakiem znanych osób, które odwiedzały miasto i pozostawiły tu w naściennych tablicach, wierne odlewy swych twarzy. Po zejściu nad brzeg Wisły w miejscu dawnej przystani promowej, ujrzeliśmy zorganizowaną tu teraz przystań dla statków wycieczkowych i jachtów.
Stary, wysłużony prom, będący jeszcze do niedawna symbolem miasta, obecnie woził już tylko turystów po zalewie. Tuż obok zaparkował na stałe inny, przywieziony gdzieś z Polski, mniejszy prom, obecnie pełniący rolę kawiarni.
Ech zmieniła się Nieszawa od czasu naszej ostatniej tutaj wizyty. W mieście powstało kilka pensjonatów. Mieszkańcy masowo zamieniają swe stare domy na odnowione, stylowe ale nowoczesne kwatery pod wynajem dla bogatych turystów. Sami natomiast wyprowadzają się do góry poza miasto, gdzie budowane jest nowoczesne osiedle.      
Odkąd powstała nowa zapora na Wiśle, inwestorzy masowo rzucili się na te biedne kujawskie tereny. Na wzgórzach, w rejonie Raciążka i Przypustu powstały ośrodki parolotniowe i narciarskie. Pobudowano hotele i wyciągi. 
Jeden z tych obiektów umiejscowiony w Przypuście,  zasługuje na szczególna uwagę ze względu na swe położenie przy korycie Wisły. Przed startującymi w lecie parolotniarzami a w zimie zjeżdżającymi w dół narciarzami w kierunku rzeki, otwiera się ogromna panorama, która zapiera dech w piersiach, jak mówią.
Pogoda dopisuje. Idziemy z Piotrem brzegiem Zalewu Nieszawskiego po bulwarze. Wreszcie docieramy do kąpieliska miejskiego. Pora wczesna i w wodzie nie ma jeszcze zbyt wielu amatorów kąpieli.
Korzystamy z okazji i wchodzimy do wody. Nurt jest tutaj niewielki bo ograniczony betonową główką - molem, ale woda zimna. Moim ciałem po zanurzeniu głowy w wodzie, wstrząsa nagły dreszcz. Pomimo tego, że woda na stojąco nie sięga mi tu nawet do klatki piersiowej, nie mogę się wynurzyć. Staram się nie wpaść w panikę. Jednak mam wrażenie, że poziom wody podnosi się. Odwracam się w kierunku brzegu. Kilka razy zachłystuję się wodą, kiedy próbuję odbić się od dna, żeby złapać trochę ożywczego tlenu w usta. Czuję jak woda dostaje się do nosa, wywołując w nim uczucie jak po uderzeniu rękawicą bokserską. Gdzie jest Piotr? Dlaczego mi nie pomaga? Chcę krzyczeć, ale głos więźnie mi w gardle. Nagle w oddali słyszę coraz głośniejszy gwizd.
Gwizdek policyjny! Niemożliwe, policjanci teraz nie używają gwizdków.
Ratownik!? Tak. To na pewno ratownik. Gwizdek jest coraz głośniejszy. Narasta mi w uszach jak gwizd lokomotywy na peronie. Przebija się przez wodę i uderza gwałtownie w moje uszy.
Duszę się! Woda zalewa mi płuca.
Przez złowrogi bulgot kipieli dociera do mojej głowy jakiś złowrogi i niezrozumiały głos.
- Paw..! Wy.. t.. cho..r..y ...dzik! 
I z...mi... tą po...k... z ...rzy!
Czuję, że ktoś chyba wyciąga mnie z wody.
A więc to jednak ratunek!
Ponownie słyszę głos w mojej głowie. Teraz jest wyraźny i zrozumiały.
- Paweł! Wyłącz ten cholerny budzik! 
I zdejmij tą poduszkę z twarzy! 
Bo się udusisz!
Matylda moja Żona, szarpała mnie z ramię.
- No co. Śniło mi się, że się topię!
- Mówiłam Ci, żebyś nie pił piwa pod prysznicem?

Tyle o tym co mogłoby być. Teraz o tym co było.
Rzecz o nieistniejącym kościele ewangelickim w Nieszawie.     
    


Tutaj wg posiadanym przeze mnie informacji jest pozostałość po zabudowie przykościelnej.


Prywatna posesja z pozostałościami po kościele.

Dziękuję za poświęcony czas. Aby kontynuować przeglądanie starszych wpisów kliknij na link "starsze posty" lub wejdź w archiwum.