TAGI (szukasz postów powiązanych tematycznie tu je znajdziesz):

czwartek, 2 listopada 2017

Tajemniczy kanał pod Aleksandrowem Kuj. Cz. 1. Fikcja

Zapraszam do przeczytania mojego nowego opowiadania, zainspirowanego opowieściami bliskich i znajomych. Starałem się przed publikacją sprawdzić tekst, ale może się zdarzyć, że ulegnie on jeszcze korekcie. Jeśli Was zainteresuje, proszę o komentarze i uwagi.  

Partyzant

Błażej Skrzetuski nie chciał złożyć broni. Chciał dalej walczyć o taką Polskę, jaką znał z czasów, kiedy chodził przed wojną do szkoły w Grudziądzu. Polskę wolną od czerwonej zarazy. 
Jego koledzy z oddziału nie podjęli tego ryzyka. Uwierzyli nowej komunistycznej władzy w obietnice o spokojnym życiu i budowie nowej wolnej ojczyzny. Zostawili go samego. Ich oddział został rozwiązany a broń ukryta w lesie. Ale Błażej nie miał do nich o to pretensji. Wojna przecież skończyła się. Niemcy przegrali. Na wielu z nich w domach czekały rodziny. Niestety wkrótce okazało się, że te piękne obietnice były kłamstwem. Nowa władza nie zapominała tak łatwo. Z oddziału tylko on pozostał przy życiu. Wszyscy koledzy  zniknęli bez śladu. Ich bliscy jeszcze mieli nadzieję, że chłopcy z lasu do nich wrócą. Błażej wiedział, że z rąk nowej władzy mało kto wychodzi żywy. 
Błażej Skrzetuski nie miał nikogo bliskiego. Jego najbliższych wymordowali Niemcy, zaraz po kapitulacji w 1939 r. Żołnierze Wehrmachtu puścili z dymem jego rodzinną wioskę. 
Później, kiedy pojechał z pocztą konspiracyjną do partyzantów z terenów wschodnich, dowiedział się, iż wioska w której mieszkała druga część jego rodziny została także zrównana z ziemią, tyle że przez Rosjan. Tam też nikt nie ocalał. 
Wtedy załamał się. Na rok został odsunięty od działalności konspiracyjnej. Z czasem jednak, żal po stracie najbliższych w jego sercu zamienił się w nienawiść do wrogów. Stał się maszyną do zabijania. Niemiecki aparat bezpieczeństwa zaczął go traktować jako wroga z głównej listy. Skrzetuski nie przejmował się tym. Wiedział, że gestapo zna jego nazwisko i historię życia. Nigdy niczego przed nikim nie ukrywał. Nigdy nie chował się pod pseudonimem. Jego bliscy zginęli. Nikomu z nich nie mógł już zaszkodzić swoją działalnością. Stał się katem wykonującym wyroki podziemnego państwa polskiego.
Do A. trafił po kilku miesiącach samotnej walki z milicją. Ukrywał się w lesie i walczył dopóki przypadkowych cywili z biało-czerwonymi opaskami na rękach, zwerbowanych przez nową władzę nie zastąpiło regularne wojsko Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Musiał wtedy zacząć uciekać, aby uniknąć złapania i śmierci. 
Opuścił swój ukochany las i udał się do A. do starej znajomej z Grudziądza, jeszcze z czasów przedwojennych. Kiedyś nawet mieli się ku sobie, ale ich szkolna miłość skończyła się wraz z wejściem w dorosłe życie i przeprowadzką dziewczyny do A. 
Maria Skowrońska mieszkała w starym pamiętającym zabory rosyjskie dworcu kolejowym. Była żoną polskiego oficera, który zaginął zaraz po wybuchu wojny. Odnowili swoją starą znajomość, kiedy oboje zaczęli działać w tej samej organizacji podziemnej. Kobieta w swym mieszkaniu udzielała noclegu konspiratorom przemieszczającym się po okupowanym kraju. Punkt był wręcz wymarzony, gdyż przez dworzec przewijało się wielu podróżnych i nikt nie zwracał uwagi na obcych. Może tylko nieliczne co bardziej wścibskie sąsiadki wyrażały czasem między sobą negatywne opinie na temat jej moralności, kiedy udało im się przyłapać obcych mężczyzn ukradkiem wychodzących nad ranem z jej mieszkania. Elegancki i schludny wygląd kobiety dodatkowo jeszcze napędzał wyobraźnię dworcowych strażniczek moralności.     
Skrzetuski mieszkał u niej kilka miesięcy, tuż pod nosem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. 
Zdobyczny pistolet Mauser C96, swoją ulubioną broń - spadek po pewnym gestapowskim szpiclu, wraz z kilkoma sztukami amunicji i niemieckim granatem, ukrył na strychu dworca na jednej z belek stropowych.  
Dworzec w A. został wybudowany w czasach zaborów. W czasie wojny trochę podupadł jego wizerunek. Kiedyś przewijało się przez niego tylu podróżnych co w największych  miastach Europy. Obecnie stracił jednak na znaczeniu. 
Skrzetuski jak przystało na dobrego konspiratora, natychmiast po przybyciu na miejsce przeprowadził rozpoznanie terenu. Rozpytał przedtem wnikliwie swoją znajomą na temat zwyczajów panujących na dworcu, rozkładu przejeżdżających przez niego pociągów i rozmieszczenia lokalnych posterunków milicji. Zaplanował także drogi ucieczki z kryjówki. 
Okazało się wtedy, że Skowrońska posiadała w piwnicach dworca pomieszczenie z pewnym ciekawym metalowym włazem. Wg właścicielki było to wejście robocze do starego systemu pompującego wodę do obiektów dworca z płynącej w pobliżu A. rzeczki. Prawdopodobnie, dawne pomieszczenie techniczne w którym był właz, zostało adaptowane na piwnice lokatorów. 
Skrzetuski postanowił sprawdzić co kryje podziemny kanał. Intuicja podpowiadała mu, że kiedyś wiedza o nim może mu się przydać. 
Pewnej nocy, kiedy mieszkańcy dworca już spali, zabrał ze sobą latarkę i ruszył na zwiad. 
Korytarz, do którego wejście prowadziło z piwnic dworca, był około 130 metrowej długości wąskim przejściem, które łączyło się z właściwym, szerokim na półtora i wysokim na prawie dwa metry kanałem. Kanał ten w stosunku do przejścia z dworca był położony około półtora metra niżej. Lewa jego część, południowa jak się okazało była zawalona gruzem i niemożliwa do przejścia. Po prawej w kierunku północnym przed Skrzetuskim rozciągał się zdający się nie mieć końca tunel. Nikłe światło małej latarki oświetlało zbudowane z cegieł ściany na odległość paru metrów. Dalej była paraliżująca ciszą  pustka. Podłoga kanału była wypełniona do wysokości kolan warstwą lodowatej i mętnej wody. Skrzetuski nie czuł w niej jakiegokolwiek nurtu. Widocznie gromadziła się tu deszczówka i może wody gruntowe. Idąc, podświadomie rejestrował przebytą pod ziemią odległość mierząc ją krokami. Partyzanckie doświadczenia i wielokilometrowe wędrówki z oddziałem po lesie bez oświetlenia w zupełnych ciemnościach sprawiły, że jego umysł jak licznik notował metry. Po 15 minutach przebył około 180m. w linii prostej. W ciemności trudno było to z całą pewnością stwierdzić, ale wydawało mu się, że kanał przebiega mniej więcej po linii prostej.
W pewnym momencie Skrzetuski, nagle zobaczył przed sobą ścianę. - Koniec? Żadnego wyjścia?
Okazało się jednak, że kanał skręcał gwałtownie i biegł dalej pod kątem 90 stopni w lewo. Po przejściu następnych 200 metrów Skrzetuski ponownie zakręcił tym razem ostro w prawo. Idąc próbował wyobrazić sobie gdzie się aktualnie znajduje, biorąc pod uwagę zabudowę miasta na powierzchni. Według jego rachunków musiał przemieszczać się zgodnie z położeniem głównych ulic miasteczka.
Po przejściu około kilometra stwierdził, że  o ile nie pomylił się w obliczeniach to musiał już wyjść poza teren miasta. Zmierzał chyba gdzieś w kierunku Torunia. Na powierzchni powinien już być las. Jeśli znajdzie jeszcze jakieś wyjście na górę to trasę ucieczki będzie miał opracowaną.
Po przeszło godzinie marszu Skrzetuski w świetle latarki dojrzał nad sobą prowadzącą do góry studnię. W ścianę została tutaj wmontowana metalowa drabina. Kiedy wspiął się na górę po jej szczeblach, drogę zablokowała mu metalowa pokrywa. Spróbował ją poruszyć. Wymagało to sporego wysiłku, ale w końcu żelastwo zazgrzytało i przesunęło się na bok. Z góry posypał się piasek, utrudniając na chwilę widoczność. Kiedy jednak chmura pyłu opadła, oczom Skrzetuskiego ukazało się bezchmurne niebo. 
- Jak na razie jest dobrze - Skrzetuski powoli i ostrożnie, przez otwarty właz zaczął wysuwać się na powierzchnię. Jego nos natychmiast poczuł znaną mu i tak przez niego kochaną woń lasu. Delikatny powiew wiatru schłodził spocone czoło. Dookoła było pusto i cicho. Tylko drzewa szumiały jednostajnie. 
Wyczołgawszy się na powierzchnię, przez chwilę leżał na plecach delektując się błogim spokojem, którego przez ostatnie kilka lat tak rzadko doświadczał. Patrzył w rozgwieżdżone niebo, które tyle razy służyło mu za drogowskaz. W kontaktach z innymi ludźmi nigdy nie pozwalał sobie na chwile słabości. W głębi duszy miał już jednak dość wiecznego uciekania. Miał dość walki. Miał dość wszystkiego. Coraz częściej docierała do niego myśl, że przegrał. Za Niemca wszystko było jasne. Byli dobrzy i źli. Teraz sam już czasem nie wiedział kto jest jego wrogiem. Czasem miał wrażenie, że wszyscy są przeciw niemu. Nawet on sam...
Skrzetuski podniósł się z ziemi. Strząsnął z siebie nerwowo bród z ubrania. Jakby jednocześnie chciał otrząsnąć się z myśli, które go naszły. Rozejrzał się. Zdawało mu się, że poza nieregularnym szumem drzew dociera do niego jeszcze jakby szum wody. Ruszył przed siebie, tam skąd ten szum docierał. W odległości kilkudziesięciu metrów stanął na brzegu rzeczki meandrującej między drzewami. - W razie czego będzie można zgubić pościg. Jutro wybierze się tu za dnia i zrobi dokładniejsze rozpoznanie. Rozpyta Marię. Teraz trzeba wracać - po drodze zakrył włazem wejście do studzienki, zamaskował piaskiem ślady swojej działalności i ruszył przez las kierując się gwiazdami w stronę miasta.

Dziękuję za poświęcony czas. Aby kontynuować przeglądanie starszych wpisów kliknij na link "starsze posty" lub wejdź w archiwum.